Kiedy rola zaczyna żyć Twoim życiem

Mężczyzna idzie górską ścieżką, a gałęzie z owocami przysłaniają jego głowę. Zdjęcie ilustruje artykuł o rolach społecznych, pracy i utracie kontaktu ze sobą.

Dlaczego nie zauważamy momentu, w którym przestajemy wybierać

W poprzednim artykule napisałem, że problem nie zaczyna się wtedy, kiedy wchodzimy w rolę. Wręcz przeciwnie. Na początku wszystko wydaje się działać dokładnie tak, jak powinno.

Jeśli jeszcze go nie czytałeś, warto zacząć właśnie od niego. Dlaczego tak łatwo wchodzimy w role – i co się wtedy dzieje z nami naprawdę

Na początku wszystko działa

Nowa praca daje energię. Awans budzi ekscytację. Pojawia się większa odpowiedzialność, ale razem z nią przychodzi poczucie sprawczości i satysfakcji. Czujemy, że jesteśmy potrzebni. Że ktoś nam zaufał. Że nasze doświadczenie i umiejętności mają znaczenie.

Sam wiele razy tego doświadczyłem.

Nowe stanowisko. Nowy projekt. Nowe programy szkoleniowe. Spektakl, który trzeba było napisać i wyreżyserować. Każda z tych sytuacji niosła ze sobą podobną energię. Ciekawość mieszała się z niepewnością, ale to właśnie ona dodawała sił. Chciało się działać, sprawdzać, rozwijać. Człowiek wracał do domu zmęczony, jednocześnie z poczuciem, że robi coś ważnego.

I właśnie dlatego tak trudno zauważyć moment, w którym coś zaczyna się zmieniać. Bo on nie przychodzi nagle. Nie ma dnia, w którym budzisz się rano i mówisz: „Od dzisiaj praca będzie ważniejsza od mojego życia.”

To dzieje się bardziej po cichu. Tak cicho, że najczęściej orientujemy się dopiero wtedy, gdy ktoś z zewnątrz pyta: „Czy ty w ogóle jeszcze odpoczywasz?”

Albo:

„Kiedy ostatnio byliśmy gdzieś razem?”

Albo jeszcze gorzej… W ogóle przestaje pytać.

Nie zauważasz momentu, w którym przestajesz wybierać

Przez długi czas wydaje Ci się, że wszystko masz pod kontrolą.

Przecież to Ty decydujesz, że zostaniesz godzinę dłużej w pracy. Ty odbierasz służbowy telefon wieczorem. Ty otwierasz komputer w sobotę rano, żeby „tylko na chwilę” coś sprawdzić. Nikt Cię do tego nie zmusza.

I właśnie dlatego ten moment jest tak trudny do zauważenia. Bo nie wygląda jak utrata wolności. Jak rola zawodowa. Wygląda jak odpowiedzialność.

Pamiętam lata służby. Bywały okresy, kiedy tempo było ogromne. Nowe przepisy, zmieniające się zadania, kolejne projekty, odpowiedzialność za ludzi. A mimo to, albo właśnie dlatego, wracałem do domu z poczuciem dobrze wykonanej pracy. To było dla mnie ważne i naprawdę dawało satysfakcję.

Z czasem jednak zauważyłem coś, czego wcześniej nie widziałem. Nawet kiedy fizycznie wychodziłem z pracy, ona wychodziła razem ze mną. Wracałem do domu, ale w głowie nadal układałem plan na jutro. Wieczorami siadałem przy komputerze i czytałem nowe przepisy albo przygotowywałem się do kolejnego szkolenia. Czasem przypominałem sobie rozmowę z pracownikiem, analizowałem decyzję, zastanawiałem się, co jeszcze trzeba przygotować.

Byłem w domu. Ale nie do końca byłem obecny.

Dopiero po latach trafiłem na badania Sophie Leroy dotyczące zjawiska residuum uwagi (attention residue). Pokazują one, że kiedy przeskakujemy z jednego zadania na drugie, część naszej uwagi zostaje przy tym poprzednim. Mówiąc prościej – część naszej uwagi pozostaje przy poprzednim zadaniu. Dlatego nawet po wyjściu z pracy myślami wracamy do tego, co zostało niedokończone.

Pomyślałem wtedy, że to świetnie tłumaczy coś, co wcześniej uważałem za swój problem z organizacją. A to był naturalny mechanizm naszego umysłu. Tyle że współczesny świat bardzo skutecznie go wykorzystuje. Oczekuje od nas ciągłej gotowości, szybkiej reakcji i dostępności.

A my powoli przyzwyczajamy się do tego, że to jest normalne.

Rola nie zabiera Ci życia od razu

Ona zabiera je po kawałku.

Najpierw odpuszczasz jeden trening, bo przecież dziś wyjątkowo nie masz czasu. Potem rezygnujesz z wyjazdu ze znajomymi. Myślisz sobie, że nadrobisz następnym razem. Zaczynasz odbierać służbowe telefony podczas rodzinnego obiadu. W końcu to tylko dwie minuty. Wieczorem odpisujesz na kilka maili, żeby rano mieć spokojniejszą głowę.

Brzmi znajomo?

Najgorsze jest to, że każde z tych zachowań osobno wydaje się zupełnie rozsądne. Małym, nic nie znaczącym incydentem. Sam wielokrotnie w takich sytuacjach mówiłem sobie:

„Jeszcze tylko ten projekt.”

„Jeszcze miesiąc.”

„Po wakacjach będzie spokojniej.”

„Teraz jest wyjątkowa sytuacja.” I rzeczywiście czasem była wyjątkowa.

Problem jednak polegał na tym, że wyjątkowe sytuacje zaczęły pojawiać się jedna po drugiej. Aż w końcu stały się codziennością.

Psychologowie nazywają to adaptacją hedoniczną. Nasz mózg bardzo szybko przyzwyczaja się do tego, co jeszcze niedawno wydawało się wyjątkowym wysiłkiem. Po pewnym czasie nowe tempo staje się normą. A kiedy norma się zmienia, przesuwa się również granica tego, co uznajemy za „za dużo”. Z czasem nawet nie zauważamy, że zaczęliśmy funkcjonować szybciej niż kiedyś. To, co jeszcze rok temu wydawało się wyjątkowym okresem, dziś staje się zwyczajnym tygodniem pracy. Organizm przywyka. Głowa także. I właśnie dlatego tak trudno zauważyć moment, w którym granica znowu przesunęła się o kilka kroków.

Nagranie: www.sorocki.com

Fragment autorskiej etiudy Człowiek w roli, stworzona w ramach Kursu Choreografii Scenicznej, pokazująca moment, w którym człowiek coraz bardziej wpada w rytm obowiązków i walki. Bez słów. Tylko ciało i ruch.
Jednocześnie stała się ona inspiracją do cyklu artykułów o rolach, tożsamości i kontakcie ze sobą.

Najbardziej niebezpieczne nie jest zmęczenie

Przez długi czas myślałem, że największym zagrożeniem jest przemęczenie, przewlekły stres, wypalenie zawodowe – to często już jest skutek.

Dziś powiedziałbym coś zupełnie innego. Najbardziej niebezpieczny jest moment, w którym przestajesz mieć wybór. Nie chodzi o to, że dużo pracujesz. Są okresy w życiu, kiedy to jest potrzebne. Sam takie miałem i pewnie jeszcze nieraz będę miał.

Pytanie brzmi: czy nadal wybierasz?

Czy zostajesz dłużej w pracy, bo naprawdę uważasz, że to ma sens? Czy dlatego, że nie wyobrażasz sobie wyjść wcześniej i nie dokończyć zadania?

To subtelna różnica, ale ma ogromne znaczenie.

Edward Deci i Richard Ryan, twórcy teorii autodeterminacji, pokazują, że jednym z podstawowych warunków naszego dobrostanu jest poczucie autonomii. Człowiek potrzebuje doświadczać, że ma wpływ na swoje decyzje. Nawet jeśli wybiera odpowiedzialność, chce mieć poczucie, że robi to z własnej woli.

Kiedy rola zaczyna odbierać nam tę autonomię, coś w środku powoli gaśnie. Z zewnątrz wszystko wygląda dobrze. A w środku coraz częściej pojawia się poczucie, że po prostu trzeba. A słowo „muszę” zaczyna pojawiać się częściej niż „chcę”.

To ciało zauważa pierwsze

Jest jeszcze „ktoś”, kto orientuje się wcześniej niż my sami (czyli umysł). To nasze ciało.

Ono nie analizuje. Nie porównuje. Nie zastanawia się, co wypada. Po prostu reaguje. Coraz płytszym oddechem. Zaciśniętą szczęką. Napiętym językiem przyklejonym do podniebienia. Uniesionymi barkami albo ściśniętym gardłem. Sztywnymi biodrami albo bólem w krzyżu. Bywa, że bezsennością, coraz mniejszą cierpliwością i przewlekłym stresem.

Podczas warsztatów często słyszę od uczestników podobne zdanie: „Myślał*m, że wszystko jest w porządku. Dopiero kiedy udało mi się zatrzymać na chwilę, poczuł*m, jak bardzo mam napięte ciało.”

To zdanie zawsze robi na mnie wrażenie. Bo pokazuje, jak długo można żyć w napięciu i nawet go nie zauważać. I to wcale nie dlatego, że jesteśmy nieuważni. Raczej dlatego, że człowiek naprawdę potrafi przystosować się do bardzo wielu rzeczy. A utrzymujący się przez dłuższy czas sposób poruszania się, noszenia swojego ciała staje się niezauważalny.

Pytanie tylko, jak długo jesteś w stanie dźwigać napięcie.

O tym, dlaczego ciało często wie wcześniej niż głowa, pisałem szerzej w artykule: Dlaczego praca z ciałem ma sens, jeśli dużo już wiesz, a nadal czujesz napięcie?

Wojciech Brania podczas egzaminu końcowego szkoły coachingu prowadzi sesję coachingową z uczestnikiem.
Zakończenie Szkoły Profesjonalnego Coachingu. Rola coacha jest częścią mojego życia, ale nie całym moim życiem. I właśnie o tej różnicy jest ten artykuł.

A może to jeszcze nie koniec?

Nie piszę tego po to, żeby kogokolwiek przekonywać do porzucenia swoich ról.

Sam wiem, ile dobrego potrafią wnieść do życia. Dzięki nim rozwijamy się, budujemy relacje, tworzymy wartościowe rzeczy i bierzemy odpowiedzialność za innych. Coraz częściej myślę jednak, że największą sztuką nie jest wejść w rolę. Największą sztuką jest umieć z niej wyjść, wrócić do domu i naprawdę być z bliskimi albo z sobą. Odłożyć telefon. Usiąść w ciszy. Pójść na spacer bez poczucia, że marnuje się czas.

To właśnie w takich chwilach najłatwiej sprawdzić, kto dziś prowadzi. Czy nadal Ty wybierasz swoją rolę czy może to już ona coraz częściej wybiera za Ciebie?

Bo jeśli przez dłuższy czas ignorujemy odpowiedź na to pytanie, wcześniej czy później ciało zaczyna mówić coraz głośniej. Najpierw cicho. Potem coraz wyraźniej. Aż w końcu nie da się go już zagłuszyć.

I właśnie o tym chciałbym napisać w kolejnym artykule. O momencie, w którym przestajemy już tylko odczuwać napięcie. O chwili, kiedy organizm mówi: „dalej już nie dam rady”. Bo wypalenie, depresja czy ucieczka w nałogi bardzo rzadko zaczynają się nagle. Najczęściej są końcem procesu, który przez długi czas rozwijał się po cichu.

Zobacz etiudę „Człowiek w roli”

Kilka miesięcy temu stworzyłem etiudę taneczną „Człowiek w roli”. Nie ma w niej ani jednego słowa. Jest człowiek, który z każdą kolejną minutą coraz bardziej daje się pochłonąć swojej roli.

Jeśli podczas czytania tego artykułu pojawiło się w Tobie choć jedno zdanie: „To trochę o mnie”, poświęć kilka minut i obejrzyj ten krótki film.

Czasem ciało opowiada historię lepiej niż słowa.

A jeśli chcesz sprawdzić, jak jest u Ciebie…

Nie musisz od razu nic zmieniać. Spróbuj dziś odpowiedzieć sobie na jedno pytanie: Kiedy ostatni raz naprawdę wyszłaś albo wyszedłeś ze swojej roli?

Nie z pracy. Nie z obowiązków. Z roli. Kiedy przez chwilę nie musiał*ś niczego udowadniać, za nic odpowiadać i niczego kontrolować.

Jeśli trudno znaleźć taką chwilę, być może właśnie tam warto zacząć.

Jeśli chcesz zostać z tym tematem na dłużej…

Jeśli ten temat jest Ci bliski, zostań ze mną jeszcze chwilę. To dopiero drugi tekst z tej serii. W kolejnych będę pisał o tym, co dzieje się wtedy, gdy ciało przestaje już tylko wysyłać sygnały i zaczyna mówić stanowcze „dość”.

A jeśli zamiast czytać wolisz doświadczać, zapraszam na warsztaty Z Czuciem, Męski Krąg w Ruchu oraz wyjazdy Siła Spokoju. To właśnie tam najczęściej odkrywamy, że odpowiedź była w ciele dużo wcześniej, niż pojawiła się w głowie.

Picture of Wojciech Rajmund Brania

Wojciech Rajmund Brania

Nazywam się Wojciech Rajmund Brania. Pracuję z osobami w rolach odpowiedzialnych – liderami, przedsiębiorcami, funkcjonariuszami i specjalistami – które nie mają problemu z działaniem, ale z regulacją napięcia i kontaktem ze sobą.

To nie jest praca nad kolejnymi narzędziami ani „rozwojem”. To powrót do czucia, regulacji i zdolności zatrzymania się – zanim napięcie zacznie rządzić decyzjami, relacjami i życiem.

Jeśli ten temat jest Ci bliski, możesz sprawdzić, jak pracuję w formie warsztatów, pracy indywidualnej lub szkoleń.